Po zimnych nocach i standardowym „zaraz jedziemy… tylko jeszcze to i tamto” — które trwało jakieś dwa tygodnie — w końcu udało się odpalić sezon na działce.
Urlop w pracy oficjalnie jest, ale jak zwykle szybko się okazuje, że to tylko teoria. W praktyce: trochę roboty na działce, bo sama się nie ogarnie, trochę kręcenia się wokół wszystkiego, co zimę przetrwało „na zasadzie przetrwaj jak możesz”.
Do tego radio — bo wiadomo, że jak już człowiek usiądzie w swoim miejscu, to ciężko nie sprawdzić co tam w eterze piszczy. Trochę aktywności z JO82kl, trochę nasłuchu, trochę klikania i obserwacji, jak świat sobie gada gdzieś tam daleko.
No i piękny klasyk sezonu: spacery z Aresem po lesie. Bez planu, bez zegarka, trochę na zasadzie „idziemy przed siebie i zobaczymy gdzie nas wypluje”. I to jest chyba najbardziej resetująca część całego wyjazdu.
Czyli w skrócie: urlop jest, odpoczynek jest… tylko jakoś tak dziwnie dużo rzeczy do zrobienia 😄, ale to żadna praca — to czysta przyjemność. Oby tylko pogoda dopisała, bo dziś przekropnie i chłodno.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz